2 maj 2014

"Upadek Króla Artura" - John Ronald Reuel Tolkien - recenzja

„Upadek króla Artura”, jedyną wyprawę J.R.R. Tolkiena do świata legend arturiańskich, można śmiało uznać za jego najlepsze osiągnięcie w posługiwaniu się staroangielskim metrum. Przekształcił on dawne opowieści, nadając im atmosferę powagi i nieuchronności wydarzeń: zamorską wyprawę Artura, króla Brytanii, do dalekich pogańskich krain, ucieczkę Ginewry z Kamelotu, wielką bitwę morską po powrocie Artura do Brytanii, portret zdradzieckiego Mordreda, pełne udręki rozważania Lancelota w jego francuskim zamku. Niestety, „Upadek króla Artura” to jeden z tych poematów, których pisanie Tolkien zarzucił. Jednakże z tekstem poematu jest związanych wiele rękopisów, z których wyłaniają się wyraźne, choć tajemnicze związki zakończenia legendy arturiańskiej z „Silmarillionem” oraz niezrealizowany opis gorzkiego końca miłości Lancelota i Ginewry. 


„Upadek Króla Artura” to bez wątpienia dzieło Tolkiena. Od razu widać jego pióro i styl. Zanim jednak przejdziemy do samego poematu, czytamy kilka słów wstępu od Christophera Tolkiena – syna Johna Ronalda Reuela. W kilku słowach wstępu Christopher – pod którego redakcją wydano „Upadek Króla Artura” - wyjaśnia, jak wyglądała praca jego ojca, dlaczego zarzucał niektóre dzieła i rozpoczynał pisanie następnych, wyjaśnia też dlatego ten poemat jest właśnie jednym z tych niedokończonych.

Już na samym początku lektury poematu czytelnik zostaje zaskoczony: wydawnictwo Prószyński i S-ka podało nam dwujęzyczne wydanie. Z jednej strony mamy polskie tłumaczenie, a dla bardziej dociekłych obok jest oryginalna staroangielska wersja dzieła Mistrza. Bardzo przypadło mi to do gustu, gdyż jak wiadomo, nawet najlepszy tłumacz może  mieć małe potknięcia, a w tym przypadku mamy okazję zajrzeć do źródła. 

John Ronald Reuel Tolkien po przeczytaniu kilku dzieł, które opowiadają o dziejach Króla Arthura, zaczął tworzyć własną wizję jego losów. Wyzwaniem dla jego syna było sprawienie, by poemat był w miarę czytelny. Gdy Tolkien [ojciec] zaczął pisać o królu Arturze, jego notatki były często chaotyczne i niespójne, wielokrotnie spisywane idee przeczyły sobie wzajemnie, a niezłomny upór Christophera sprawił, że z tego wszystkiego otrzymaliśmy kilkadziesiąt stron opowieści w staroangielskim metrum. 

Choć samo wydanie ma ponad 200 stron, właściwy poemat zajmuje niespełna 100 – i mówię tu o obu wersjach językowych – resztą są wywody i eseje Christophera, który rozkłada niedokończoną historię na części pierwsze. Poza poezją, są tu świetne eseje, które mogłyby stanowić trzon niejednej pracy naukowej na temat twórczości Tolkiena. 

Na uznanie zasługuje świetne wydanie tego utworu. Twarda oprawa, o przyciągającej wzrok kolorystyce, do tego wnętrze książki jest również wykonane bardzo estetycznie. Trzymając w ręku książkę, czytelnik wręcz czuje bijącą od niej spuściznę J.R.R. Tolkiena. Trzeba przyznać, że naprawdę świetnie wygląda ona na półce i w pełni jest warta swojej ceny. W mojej biblioteczce jest perełką. Choć książka nie należy do łatwych pod względem stylu autora – to przecież Tolkien, wiemy czego się spodziewać -  to warto zadać sobie trud by ją przeczytać. Jest to pierwsze polskie wydanie tego poematu i od razu jest to wydanie z górnej półki. Nie potrafię ocenić tej książki tak jak mam to w zwyczaju w skali od 1 do 6. Nie jest to zwykła lektura, którą się czyta, a potem się o niej zapomina. Polecam fanom twórczości Tolkiena, oraz tym, którzy pragną poznać losy Króla Artura w takiej wersji. 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

4 komentarze:

  1. Jeśli książka jest sygnowana nazwiskiem Tolkiena to biorę ją w ciemno ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Póki co muszę poznać wszystkie dzieła Tolkien osadzone akcją w Śródziemiu. Może później rzucę okiem na Króla Artura :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tolkien - też biorę w ciemno!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem czemu, ale Tolkien do mnie nie przemawia kompletnie :P

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz!